Autentyczność

Mija drugi rok odkąd zdecydowałam się na założenie tego bloga. Perspektywa domykania się kolejnego cyklu nastraja mnie refleksyjnie. Myślę o punkcie, w którym znajduję się obecnie i przypominam sobie o powodach, dla których podjęłam tę niezwykłą podróż z Otuliną. Kluczowa była dla mnie walka o własną autentyczność.

Autentyczność postrzegam jako umiejętność znalezienia własnego głosu, wsłuchania się w niego i dania mu pola do działania. Po ukończeniu studiów i latach pracy, czułam, że gdzieś zagubiłam tę zdolność. Skryła się przed atakującymi z wielu stron krytykanctwem, perfekcjonizmem i protekcjonalnym tonem otoczenia. Nieustanna obrona przed nimi zabiła, gdzieś po drodze, radość z kontaktu ze sztuką. Postanowiłam jednak ją odzyskać. Pierwszym krokiem było wyobrażenie sobie, czego potrzebuję, by móc usłyszeć siebie. I tak wyrosła Otulina.

Vermeer-view-of-delft.jpg
Jan Vermeer, Widok Delft, ok. 1660-1661 © Mauritshuis, Haga

Postanowiłam postawić na autentyczność kontaktu. Najpierw z samą sobą. A potem, jeśli Czytelnicy (czyli Ty, która_y to czytasz) poczują się ze mną bezpiecznie, również z nimi. Obserwując komentarze tu i na stronie na Facebooku widzę, że nasza relacja powoli się umacnia. I bardzo mnie to cieszy.

Woman Reading a Letter by Gabriël Metsu.jpg
Gabriel Metsu, Czytająca list, 1665 © National Gallery of Ireland, Dublin

Moja przygoda ze sztuką, a raczej – z historią sztuki, zaczęła się w ostatniej klasie podstawówki, kiedy miałam 15 lat. Wcześniej nie miałam z nią specjalnego kontaktu. Jednak zależało mi na dostaniu się do dobrego liceum i chciałam mieć na świadectwie najwyższą ocenę z plastyki. Nauczycielka zaproponowała mi wtedy test z wiedzy o sztuce w oparciu o podręcznik Stanisława Stopczyka. Dość pobieżnie przejrzałam wszystkie tomy, nie skupiając się zbytnio na treści, jedynie podziwiając ilustracje. Byłam pewna, że w rozmawianiu “o obrazkach” nie może być nic trudnego. Myliłam się i oblałam egzamin z kretesem. Wyprosiłam jednak drugie podejście. I wtedy już z całą odpowiedzialnością wgryzłam się w materiał, próbując zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Plik:Blossoming apple tree, by Piet Mondriaan.jpg
Piet Mondrian, Kwitnąca jabłoń, 1912 ©Gemeentemuseum, Haga

Jedno z pytań dotyczyło Pieta Mondriana i jego procesu wypracowania zasad neoplastycyzmu. Do zanalizowania dostałam cykl przedstawień kwitnącej jabłoni, w którym artysta przechodzi od rozpoznawalnego szkicu drzewka do całkowicie geometryzowanej kompozycji. Przyznam szczerze, że zadanie to mnie przerosło, nie rozumiałam jak natura, ze swoim bogactwem organicznych form, może znaleźć odzwierciedlenie w układzie pionów i poziomów. I z tego niezrozumienia wyrosła moja autentyczna fascynacja historią sztuki. Bo chciałam zrozumieć, czemu Mondrian uważał, że ma rację.

Piet Mondrian, Kompozycja nr 11, 1913 © Kröller-Müller Museum, Otterlo

Poszukiwania odpowiedzi doprowadziły mnie w liceum na zajęcia przygotowujące do olimpiady z historii sztuki. Było to najważniejsze wydarzenie mojego nastoletniego życia. Nie tylko dlatego, że poznałam tam ludzi, dla których ważne i fascynujące były te same rzeczy, co dla mnie. Przede wszystkim jednak dlatego, że znalazłam swoją największą miłość – malarstwo holenderskie XVII wieku. I choć później nasze drogi nieco się rozeszły, to do dziś czerpię niekłamaną przyjemność z oglądania tych dzieł.

Rembrandt van Rijn, Batszeba w kąpieli, 1654 ©Muzeum Luwr, Paryż

Dzięki obrazom Rembrandta zrozumiałam, dlaczego ważne jest by oglądać dzieła, a nie ich reprodukcje. Wcześniej pochłaniałam kolorowe albumy i katalogi studiując z nich kompozycje. I wydawało mi się, że w ten sposób wiem już o nich wszystko. Jednak dopiero stojąc przed płótnami Rembrandta zrozumiałam, jak wiele traciłam. Dopiero możliwość oglądania autentycznej, zamalowanej powierzchni, dała mi szansę na podziwianie w pełni jego mistrzostwa.

W sławnym cytacie z Wykładów o estetyce Georg Wilhelm Friedrich Hegel tak napisał o obrazach holenderskich Złotego Wieku: “…jest to niedziela ich życia, która wszystkich zrównuje i usuwa wszystko, co złe; ludzie, którzy mogą być tak z całego serca weseli, nie mogą być naprawdę na wskroś źli i niegodziwi”. Choć nie znałam jeszcze wówczas tego opisu, idealnie oddawał on istotę mojej młodzieńczej fascynacji. W scenach rodzajowych z wnętrzami domów szczególnie intrygowała mnie wypełniająca je cisza i atmosfera skupienia. Razem budowały one podniosły nastrój, nietypowy przy wykonywaniu prostych, domowych czynności.

Pieter de Hooch, Wnętrze z kobietami przy bieliźniarce, 1663 © Rijksmuseum, Amsterdam

Pejzaże z kolei fascynowały mnie wypełniającą je świetlistością, i to pomimo nieba zasnutego stalowymi chmurami. Ukazywana w nich przestrzeń sprawiała wrażenie bezkresnej, z wręcz wyczuwalnymi podmuchami wiatru przesuwającego ciężkie chmury. Niska linia horyzontu sprawiała, że natura na tych obrazach ujawniała swój majestat. Tak silne wrażenie wywarły na mnie te widoki, że kiedy w naturze doświadczam podobnego zjawiska pogodowego, czuję się jakbym była w obrazie. Jednym słowem odczuwam na własnej skórze tę wielką moc budowania iluzji, którą dysponuje sztuka.

Jacob van Ruisdael, Wiatrak w Wijk koło Duurstede, ok. 1670 © Rijksmuseum, Amsterdam

Zdobywanie wiedzy o sztuce holenderskiej oferowało mi również okazję do wzmacniania równościowego nastawienia. Z nastoletnim zapałem czytałam o wolności, którą cieszyły się tamtejsze kobiety – o ich prawie do posiadania własności, możliwości dziedziczenia, jak również o “przyjacielskim” modelu małżeństwa. Dziś ten obraz ma więcej odcieni szarości, niemniej wciąż przynosi mi sporo pokrzepienia. Wreszcie, cieszyło mnie, że znamy tak wiele nazwisk artystek właśnie z Holandii, podczas gdy wielu (wciąż) zadaje sobie pytanie o to, czy w ogóle były jakieś malarki. Niech nazwiska Judith Leyster, Marii Oosterwijk, Marii Sybili Merian (pisałam o niej tu), Clary Peeters, Rachel Ruysch czy Marii de Grebber posłużą im za odpowiedź.

Judith Leyster, Self-Portrait, c. 1630, NGA 37003.jpg
Judith Leyster, Autoportret, ok. 1630 © National Gallery of Art w Waszyngtonie

Tak rodziła się moja autentyczność w kontakcie z historią sztuki, wydobywająca z niej wątki, które współgrały ze mną i moim postrzeganiem świata. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Mój stosunek do samej dziedziny zaliczył po drodze wzloty i upadki. Wszystkie one były ważne i doprowadziły mnie do obecnego punktu – prowadzenia Otuliny. Dziś wiem, że aby napisać coś o obrazie, muszę wejść z nim w osobistą relację. Znaleźć w nim coś, co mnie zafascynuje. Przyjrzeć mu się niczym nowo poznanemu człowiekowi i próbować go poznać. Nie każdy kontakt jest równie fascynujący, choć zdarzają się przebłyski kompletnego olśnienia. Tak było w przypadku Portretu Johanna Mauritsa von Nassau-Siegen Pietera Nasona. Przez wiele miesięcy beznamiętnie mijałam go w muzealnej sali, aż pewnego dnia postanowiłam lepiej go poznać. O efekcie możecie przekonać się tutaj i tutaj.

Pieter Nason, Hrabia Johan Maurits van Nassau-Siegenjako mistrz zakonu kawalerów maltańskich, 1666 © Muzeum Narodowe w Warszawie

Długo trzymałam dla siebie te rozmaite fascynacje, które budzą we mnie obrazy. Kierowała mną obawa przed krytykanckim okiem (i słowem) tych, którzy we wszystkim znajdą brak. Zabijało to moją autentyczność, która traciła przestrzeń do eksperymentów. Aby ją ratować, założyłam Otulinę i powoli przełamywałam swoje opory. Dzisiaj opowiadanie Wam o tym, co jest dla mnie najprzyjemniejsze w sztuce, stanowi największą nagrodę za zaufanie własnej autentyczności.

Dziękuję, że jesteście!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *