Deser

Z przyjemnością podjęłam wyzwanie wyznaczone przez jedną z Czytelniczek i przyjrzałam się świeżym okiem obrazowi, na który spoglądam bezwiednie nieomal co dzień. „Deser” Willema Claeszoona Hedy jest dla mnie jednym z tych dzieł, które darzę szacunkiem pomieszanym z obojętnością. Wiem jednak, że niektórych fascynuje on z hipnotyczną wręcz mocą. Ciekawa jestem czemu?

Willem Claesz. Heda, Deser: martwa natura z ciastem, winem, piwem i orzechami, 1637, Muzeum Narodowe w Warszawie

Pierwsze co widzę to półcień i chaos. Trudne do nazwania wnętrze częściowo oświetla okno znajdujące się po lewej stronie. Nie widzimy go. Za to jego zwielokrotnione odbicie pojawia się w zielonkawym szkle kielicha, stojącego przy brzegu stołu. Światło zdaje się spływać z góry, nadając kompozycji nieco mistyczny wydźwięk. Martwe natury holenderskie często są interpretowane w duchu moralistycznym. Mają przestrzegać przed nadmiarem uciech, przypominać o ulotności materialnych dóbr i jedynej dobrej ścieżce zbawienia. Jej istotą ma być światło nauk Chrystusowych, które przegania mrok grzechu.

Mnie jednak bardziej interesują przedmioty znajdujące się na stole. Tworzą one chaos, w którym skrywa się historia inna niż przestroga przed marnością tego świata. Poza zielonym römerem (tak nazywa się ten szklany kielich) na stole znajduje się srebrny talerz z nadjedzonym owocowym ciastkiem, przewrócony srebrny kielich, a za nim białobłękitny talerz balansujący na zagięciu obrusa. Wrażenie bałaganu potęgują rozrzucone wszędzie orzechy i łupiny po nich. Obraz należy do gatunku ontbijt – po polsku nazywanego śniadaniem lub deserem. Tu scena ukazuje moment po zakończeniu niewielkiego posiłku, złożonego z prostych, rodzimych składników.

Zaskakuje wyeksponowany w środku kompozycji srebrny puchar na wino, wyraźnie nieużywany i niedbale porzucony. Jego repusowana (czyli wytłaczana) powierzchnia pięknie odbija światło. Takie kielichy były produkowane w siedemnastym wieku w Holandii, tak samo jak piękne fajansowe naczynia, które imitowały drogą porcelanę importowaną z Chin. Widoczny na obrazie talerz prawdopodobnie jest takim rodzimym wyrobem, zwanym także Delft blauw czyli po polsku – delftem. Skryte w cieniu, ale najbliższe sercu każdego Holendra, znajduje się piwo, nieodzowny składnik każdego posiłku. Jedynym obcym elementem wydaje się być białe wino, z całą pewnością importowane spoza deszczowych Niderlandów.

Kompozycja Deseru Hedy emanuje kameralnym nastrojem, który można uznać za zaproszenie do wręcz religijnej medytacji. Ja przekornie wybieram drogę w inną stronę, ku opowieści o ludziach i ich czasach. O dumie ze sprawności rodzimych złotników. O kreatywności ceramików, pragnących poznać tajemnicę wyrobu porcelany. Wreszcie – o drobnych przyjemnościach, które oferują lokalne wyroby i uprawy.

A Wy jaką opowieść wybieracie dla siebie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *