Niedoskonałości

©otuliny.blogspot.com

Czasami trudno mi przyjąć do wiadomości, że konsekwencje są nierozerwalnie związane z tym co robię. Odnosi się to zarówno do ograniczania nawyków, jak i do wprowadzania nowych zachowań. Trudno mi uwierzyć, że mała zmiana we wzorcu działania, może wpłynąć na kształt mojej rzeczywistości. I w myśl zasady, że kiedy czegoś nie wolno, ale bardzo się tego chce, to można – popełniam wciąż te same błędy i dziwię się, że przynoszą wciąż te same skutki.

Ostatnio mam problemy ze skórą. Doprowadza mnie to do rozpaczy, bo nie wiem co robić, żeby się jej polepszyło. Nie radzę sobie z jej niedoskonałościami. Nie wiem skąd się biorą. Możliwości jest tak wiele – hormony, stres, dieta, kondycja samej skóry – a ja czuję się bezradna wobec konieczności dokonania wyboru działania i konsekwencji w jego wdrażaniu. I wybieram to, co w danej chwili wydaje mi się najwłaściwsze – całkowitą anihilację problemu. Znam zasadę, że niedoskonałości nie wolno dotykać, podrażniać. Ale chwilowa satysfakcja z tego krótkiego, intensywnego momentu zainteresowania niedoskonałością, a w następstwie – unicestwienia jej – jest silniejsza niż jakiekolwiek formy działania rozłożone w czasie. Zaorać, zniszczyć, pozbyć się tego co mi przeszkadza, od razu i bez zbędnego zamieszania. To daje uczucie ekstazy, że oto rozwiązałam problem. Pozbyłam się irytującej skazy.

Tylko, że ona nie znika. Zaatakowana umyka z pola widzenia, by powrócić w postaci blizny lub w towarzystwie nowych niedoskonałości. Jest rozogniona i wściekła, o czym przypomina mi każdego poranka, gdy patrzę w lustro. I znowu pojawia się we mnie ta nieodparta pokusa, by ją zaatakować i pozbyć się jej raz na zawsze.

A co byłoby, gdybym dała jej więcej czasu? Gdybym pozwoliła na przejście przez wszystkie stadia niedoskonałości. Opiekowała się nią, zamiast próbować zmieniać, gwałtownie “uleczać”, zmieniać, prostować. Gdybym spróbowała zrozumieć, co oznacza jej pojawienie się, gdzie leży przyczyna owego podrażnienia. Czy wtedy by przycichła, straciła swój wojowniczy i drażniący charakter, wróciła do równowagi sama ze sobą, pozostawiając co najwyżej mały ślad na powierzchni?

Jeszcze nie znalazłam na to odpowiedzi. Blizny po niedoskonałościach są świadectwem mojej potrzeby wdrożenia natychmiastowego rozwiązania. Ta reakcja ma u mnie znamiona automatyzmu, nie mam żadnych powodów, by tak działać, oprócz przyzwyczajeń i nawyków. Jest to jedyny sposób wchodzenia w interakcję z niedoskonałościami jaki znam. W efekcie w tym starciu tracę podwójnie: zostaję z blizną, która zbiera siły do ponownego ataku i nigdy nie docieram do źródła problemu.

A co gdybym zmieniła wzór zachowania? Pomyślała o każdej kolejnej niedoskonałości jako o fazie przejściowej, jako naturalnej, choć trudnej do zaakceptowania konsekwencji rozmaitych czynników. Zależnych i niezależnych ode mnie. Gdybym dała też sobie czas na rozpoznanie tych, które mogę zmienić i pogodzenie się z tymi, na które nie mam wpływu. I zostawiła w spokoju samą niedoskonałość, ufając, że czas i moja opieka, przyniosą rozwiązanie problemu, tam gdzie to możliwe. Jak myślicie, czy można to zastosować w życiu?

©otuliny.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *