Drzwi donikąd

Sąsiad wymontował dzisiaj drzwi, które od prawie dziesięciu lat, czyli odkąd sprowadziłam się do obecnego mieszkania, budziły mnie nieomal o każdej porze dnia i nocy. Każdy, kto wspinał się lub zbiegał klatką schodową, trzaskał nimi lub próbował po cichu zamknąć. Były metalowe, wmontowane w metalową kratę i pięknie rezonowały o trzeciej nad ranem. Wiele razy fantazjowałam o tym, że oklejam je filcem w partyzanckim akcie wymierzania sprawiedliwości. Ale nigdy tego nie zrobiłam. Nawet nie porozmawiałam z poprzednią właścicielką i opiekunką owych drzwi. Ceniłam mir domowy bardziej niż swój komfort.

Nie były to zwykłe drzwi, jakie pewnie przychodzą Wam na myśl. Nie odgradzały wnętrza mieszkania od przestrzeni wspólnej, ogólnodostępnej. To były takie drzwi donikąd, placebo poczucia bezpieczeństwa, bo nigdy nie były zamknięte na klucz. Ich obecności z racjonalnego punktu widzenia nie tłumaczyło nic, oprócz przyzwyczajenia i myślenia magicznego. Skoro są, to zapewniają bezpieczeństwo. Zapewne na samym początku, kilka dekad temu, były sumiennie zamykane. Ktoś pilnował, żeby wieczorem klucz przekręcił się w zamku, a żaden niepożądany gość nie przekroczył magicznej granicy między wspólnym a prywatnym. Jednak, może wobec znikomego zagrożenia lub niknącego jego poczucia, zamek coraz częściej pozostawał otwarty. Może i sam klucz gdzieś zaginął, ale drzwi zostały.

I tu zaczyna się moja refleksja o zmianie. Nikt dotąd nie zrobił żadnego kroku, by zająć się tymi drzwiami. Z praktycznego punktu widzenia, w trudnym do uchwycenia momencie z ochroniarza przemieniły się w zawalidrogę. Nikomu nie pasowały – poprzednia właścicielka i jej goście zawsze zostawiali je uchylone. Tym samym zagradzały drogę wszystkim użytkownikom klatki schodowej. Łącznie ze mną. Niezliczoną liczbę razy musiałam je zamknąć, zanim mogłam przekręcić klucz w swoim własnym zamku. O nocnych wybudzeniach już nie wspomnę. Ale nikt z nas nie zrobił nic, żeby naprawić tę sytuację. Z trudną do wytłumaczenia pokorą znosiliśmy tę, małą w sumie, niedogodność.

Aż przyszedł nowy właściciel i zapewne postawił sobie pytanie – po co są te drzwi? Czy ja ich w ogóle używam? A może gdybym się ich pozbył, byłoby mi wygodniej? I drzwi zniknęły. Pozostały po nich jedynie zawiasy i wspomnienie kilku sapnięć siłacza, który je wymontował i wyniósł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *