Wyjście ewakuacyjne

Stanęłam w martwym punkcie. Z jednej strony moje życie jest wystarczająco dobre, nie mam większych zażaleń. Lubię swoją pracę, nawet jeśli fatalnie mi płacą, a jej organizacja pozostawia wiele do życzenia. Mam dobrych przyjaciół, na których mogę liczyć. Z drugiej – czuję czasem podrygi serca na myśl o czymś nowym, przygodzie, która czai się tuż za rogiem. Lub po prostu lepszej wersji mnie samej.

W takich chwilach najchętniej wybiegam myślami jak najdalej od tego miejsca, w którym się znajduję. Porzucam wszystko – moją pracę, moje miasto, mój tryb życia, nawet przyjaciół i rzucam się w wir fantazjowania o tym, jak wspaniale byłoby zacząć wszystko od nowa. Zostać ekscentryczną terapeutką w Nowym Jorku, partnerką bogatego i wrażliwego biznesmena, która jednocześnie zachowuje swoją niezależność. Problem w tym, że nie jestem terapeutką, w Nowym Jorku byłam raz – przejazdem – a wszystko co o nim wiem, opieram na tak pięknej, jak i fałszywej wizji z filmów i seriali. Bogatego i wrażliwego biznesmena poznałam, ale podejrzewam, że moja wiedza o nim ma te same podstawy, co wizja Nowego Jorku.

Nie mam co zaprzeczać – zmiana jest w życiu nieunikniona i potrzebna. Boimy się i pożądamy jej zarazem. Jak zatem pomyśleć o zmianie?

Dla mnie najbardziej pociągająca jest metafora wyjścia ewakuacyjnego w samolocie – warto się rozejrzeć, bo najbliższe może znajdować się tuż za nami. Rozwiązanie problemu może być na wyciągnięcie ręki, tylko akurat nie tam, gdzie byśmy go intuicyjnie szukały. Wymyślając drogi “ucieczki” od mojego dotychczasowego życia, patrzę jedynie przed siebie, w przyszłość, gdzie wszystkie ograniczające mnie rzeczy znikają. Nie chcę już pamiętać o tym, co mam za sobą, postrzegam to jedynie w kategorii ograniczeń. I choć zgadzam się z tak popularną obecnie zasadą Marii Kondo, by pożegnać się, ze wszystkim, co dziś już nie daje nam szczęścia, to doceniam też jej drugą stronę – pozostawić te kilka rzeczy, które wciąż rozbudzają we mnie radość. Chcę rozpoznać ten zasób, który już wypracowałam i w którym może kryć się narzędzie do przeprowadzenia mojej własnej zmiany. Nie gwałtownej, ale skrojonej na moją miarę.

Rewolucyjna zmiana jest niezwykle pociągająca. Jeden kategoryczny krok, odcięcie się od przeszłości i zaczynam wszystko od nowa. Ale kryje się w niej również czynnik destrukcji, odrzucenia samej siebie. Oznacza bowiem, że wszystko co do tej pory wypracowałam, to kim jestem, nie jest warte zatrzymania. A to nie jest prawdą.

Wiem, że rozwiązanie zawsze jest we mnie. Warto przyjrzeć się sobie, bo może to co kiedyś odłożyłam na bok, co zniknęło z zasięgu mojego wzroku, jest kluczem do wyjścia z impasu. To wciąż jest częścią mnie, z jakiegoś powodu to wybrałam – to mogą być moje odrzucone zainteresowania, ale też czynności wykonywane bezrefleksyjnie, a przynoszące wiele radości. Tylko muszę uważnie rozejrzeć się wokół, by rozpoznać ich potencjał. Wyjście ewakuacyjne może być tuż za mną, dokładnie tam, gdzie go nie szukam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.